"WILCZY KSIĘŻYC"
CUKIEREK, CZY PSIKUS?
Halloweenowa premiera Teatru Rozrywki może być jednym lub drugim – wszystko zależy od wieku, zainteresowań i doświadczenia widzów.
Jeśli masz 14-20 lat, nie przeszkadza ci infantylność wampirzych sag Stephanie Meyer, Lisy Jane Smith, czy Richelle Mead, z wypiekami na twarzy oglądasz amerykańskie seriale, w których przez 50 odcinków nie wiadomo o co chodzi, uwielbiasz kiczowaty styl Lady Gagi i komiksy, a ponadto interesuje cię seksualność wampirów, to dostaniesz cukierka.
Jeśli jednak mocniej stąpasz po ziemi, cenisz logiczne myślenie, wolisz klasykę literatury i kina od mdłych romansów, a od musicali oczekujesz intrygującej akcji, dramaturgii na najwyższym poziomie, nieprzeciętnych emocji i błyskotliwego przesłania, to autorzy tego upiornego spektaklu zrobili ci psikusa.
Nigdy nie byłem egzaltowaną panienką, marzącą o zakochaniu się w kimś tak absolutnie wyjątkowym, jak wampir, więc nie mogę wypowiadać się w ich imieniu. Mogę natomiast opisać własne wrażenia po kilkakrotnym obejrzeniu – a zwłaszcza wysłuchaniu – „Wilczego Księżyca”. Koleżanka twierdzi, że to już syndrom sztokholmski…😄
W pierwszej scenie innego granego w Rozrywce musicalu – „Tootsie”, pechowiec Michael Dorsey walczy z reżyserem o prawdę postaci, wymyślając historię dla swojego bohatera, aby mieć cokolwiek do zagrania. Tam w sztuce, a tu w realu aktorzy stworzyli swoim bohaterom nie tylko charaktery, ale również osobowość. Szacun. Tego w etacie nie mają, a kreatywnie wykonali dobrą reżyserską robotę.
Musieli to zrobić, ponieważ widać gołym okiem, że ekipa autorska nie miała doświadczenia w tworzeniu musicali i nie potrafiła przewidzieć, jak ich pomysły przełożą się na konstrukcję dramaturgiczną i stronę wizualną muzycznego spektaklu, a tym bardziej, jak będzie to odbierane przez widzów. Prawdopodobnie każda z osób (scenarzystka, reżyserka, choreograf, scenograf) miała swoją wizję i realizowała ją, nie dbając o spójność tych pomysłów we wspólnym dziele. Efektem jest widoczny brak koncepcji i przypadkowość.
Spektakl jest nierówny, a jego dramaturgia faluje. Pierwsza część zdecydowanie słabsza, przewidywalna i pozbawiona wyraźniejszej akcji. W drugiej coś się dzieje, ale chaos i brak logiki odbiera większość uroku tematowi musicalu, który mógł być atrakcyjny.
„Wilczy Księżyc” przypomina zupę z gwoździa (najlepszy na wampiry!). Do pustego fabularnego kotła nawrzucano mnóstwo motywów – lepszych i gorszych. Wszystko, co było pod ręką i wpadło do głowy, albo akurat pojawiło się w telewizji. Okruchy z amerykańskich seriali, komiksów, tradycyjnych baśni, mitologii słowiańskiej, popowych teledysków, klasycznej literatury grozy, młodzieżowych powieści fantasy, czy banały z social mediów. Powstał bezładny misz-masz dla wszystkich, czyli konkretnie dla nikogo. Brak zdefiniowanego odbiorcy skutkuje dryfem koncepcyjnym. Nie przyjęto założeń: „co chcemy osiągnąć”, jaki musical zrobić”. Raczej dominowała zasada: „dajemy wszystko, co uznamy za fajne”.
W dodatku całość sprawia wrażenie niedokończonej produkcji. Jakby zabrakło czasu na ujednolicenie projektu, ostrą selekcję pomysłów i wypracowanie przekonującej formy przesłania.
MUZYKA
Muzyka to najlepsza część tego spektaklu. Znakomite kompozycje autorstwa Krzysztofa Maciejowskiego są stylowe, melodyjne i wciągające, miejscami monumentalne, a co najważniejsze – budują napięcie i dają przestrzeń na fantastyczne popisy wokalne aktorów i ośmioosobowego zespołu, śpiewającego z offu.
Pięknie zaaranżowane i wykonane piosenki niosą ten musical na wysokiej fali.
Niestety te piosenki mają również teksty – pozbawione emocjonalnej i intelektualnej głębi, słabe literacko, często oparte na częstochowskich rymach z dużą ilością powtórzeń.
Szatańskie wersety godne są gali disco polo w Polsacie i mogą zabić tak samo skutecznie jak osikowe kołki, czy srebrne kule umazane w czosnku:
„Choć w ciemnym lesie skryjesz się,
Znajdziemy cię,
albo my, albo wilk cię zje,
skończysz źle!”
albo:
”Coś ty sobie myślało ciało,
Coś ty chciało (…)
Smutek mnie gryzie do samej kości,
Bolą mnie kości…” 😵
Radzę nie słuchać CO śpiewają aktorzy, ale JAK to robią i do jakich kompozycji.
Muzyka i wykonanie „Tańcz miasto, tańcz”, „Serca”, „Kochać tylko chcę”, „Ziemi”, „Wampirii” i finałowego „Wilczego księżyca” są rewelacyjne i warto przyjść do teatru, by ich posłuchać🤘
Jedyną wadą oprawy muzycznej jest umieszczenie ósemki znakomitych aktorów na zapleczu sceny i ograniczenie ich roli wyłącznie do wokali z offu. To ewidentne marnowanie atutów. Jeśli nie było lepszego pomysłu, to należało znaleźć dla nich miejsce w oszczędnie oświetlonej części sceny, ubrać w adekwatne kostiumy i skierować ich śpiew w stronę księżyca w pełni – stworzyłoby to mocny kontrast i o ileż podniosłoby dramaturgię gry, np. młodziutkiej Sary, błąkającej się po lesie niczym Czerwony Kapturek.
Pojawiają się w muzyce Maciejowskiego dalekie echa „Falling” Julee Cruise z pamiętnej ścieżki dźwiękowej Angelo Badalamentiego do serialu „Miasteczko Twin Peaks”, ale wykorzystane bardzo twórczo i ze smakiem.
SCENARIUSZ
Jest jak Wisła w upalne lato – składa się głównie z mielizn i łach, które aktorzy z wielkim zaangażowaniem usiłują jakoś „ograć’, aby nie kłuły w oczy i uszy.
Ponadto jest niekonsekwentny i zwyczajnie nieciekawy. Główny motyw, czyli miłość młodej dziewczyny do wampira jest banalny i oczywisty od samego początku. Wieńczące spektakl przesłanie: zaakceptujcie inność, odrzućcie nienawiść i „idźcie się kochać” jest oderwane od akcji, naiwne i dyletancko opisane.
Bezpośrednie zwracanie się głównej bohaterki do widzów mogłoby być atrakcyjne, gdyby nie pozbawiony naturalności i wiarygodności język pretensjonalnych 14-latek.
Role nakreślone są bardzo grubą kreską i tak jednowymiarowe, że cała dramaturgia spektaklu sprowadza się do ciężkawego musicalowego komiksu – i to czarno-białego…
Drętwe i sztuczne dialogi można byłoby wybaczyć, ale głupiutkie i infantylne teksty piosenek, o których wspominałem wcześniej, rażą niezmiernie.
Szukanie sensu poszczególnych części fabuły i motywów działań bohaterów z reguły skazane jest na niepowodzenie.
Niektóre epizody wydają się niepotrzebne, ponieważ nic nie wnoszą lub są niejasne, np. dlaczego taksówkarz Roman ma krakowski akcent? Żart? W jakim celu? Równie dobrze mógł mówić po śląsku – nic by to jednak nie zmieniło, bo uzasadnienia w sztuce nie ma.
Przede wszystkim brakuje głównego elementu każdego dobrego musicalu (właściwie każdego dramatu), czyli zwrotu akcji. Zero niespodzianek, a przedstawiona historia powinna zaskakiwać i wnosić nowe spojrzenie. Tu nie ma żadnego game changera, punktu zwrotnego, czy przewartościowania. Zrozpaczona Sara wspomina, co prawda, że przechodzi właśnie wewnętrzną przemianę, ale konia z rzędem temu, kto potrafi wskazać na czym miałaby ona polegać, bo nic w jej świadomości, ani zachowaniu tego nie potwierdza.
Z marnego scenariusza musicalu nie ukręcisz…
FABUŁA
To wilcze doły. Prawdopodobnie założenie było takie, że ma to być nowatorska i oryginalna forma musicalu generacji 2.0, opartego na wymieszaniu elementów współczesnego świata realnego i fantastycznego (literacko-filmowo-popkulturowego) i stworzenie z tej magmy wielowymiarowej struktury, przypominającej obecne social media, gdzie kicz miesza się ze sztuką, bezkrytyczna młodzieńcza naiwność ze zblazowaniem rutyniarzy (influencerów?) i pobłażliwością przedstawicieli pokoleń X i Y dla bzdurnych w większości treści.
Autorzy próbowali skumulować wszystkie te pierwiastki w zaledwie kilku bohaterach, należących do dwóch zupełnie różnych światów. Powstała sztampowa dychotomia – intrygujące i inteligentne wampiry kontra tępawi i nudni ludzie w miasteczku, którego nazwa, Zamczysko, miało się chyba kojarzyć z zakutymi pałami.
Ze schematu wyłamują się jedynie przyjaciółki Sara i Klara, czyli tryskające energią wcielenia młodości. Podobnie jak „zetki” i „alfy’ ze świata social mediów dziewczyny dzielą ludzi na użytkowników aplikacji randkowych i całą żałosną resztę. Żaden z dorosłych Zamczyszan nie zasłużył na ich zaufanie i IQ powyżej 70. Nie ma autorytetów, są tylko dziadersi, nawet jeśli stosunkowo młodzi. Wyszło mdło i schematycznie.
Historia jest banalna: do zapyziałego ospałego miasteczka zjeżdża czteroosobowa ekipa wampirów. Ma to być odwyk od krwiopijczych praktyk, coś jak sanatorium lub terapia. Ich szef próbuje nawet medytować, ale bez sukcesów.
Przywódcą jest Darek zwany Draculą, grany przez Mateusza Sawiela. Aktor ma ciężką robotę do wykonania, ponieważ przez cały spektakl musi chodzić przygnębiony, zrezygnowany i smutny. Ta drętwa poza i jednostajność emocji jest męcząca również dla widzów. Myślę, że Mateusz Sawiel bardzo by się ucieszył i zyskał pole do popisu, gdyby jego bohater mógł pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa i zagryzł jakąś mieszkankę Zamczyska – wtedy jego przeżywanie własnej inności i wyrzuty sumienia wobec Sary byłyby wiarygodne.
Pozostałe wampiry – Carmilla, Edward i Kain są zdecydowanie bardziej rozrywkowe. Tylko dzięki nim oraz Łowcy coś się w tym musicalu dzieje. O aktorach, świetnie grających te role – w dalszej części.
Przyjaciele Darka nie wytrzymują presji czekającego ich odwyku i jeszcze w drodze do Zamczyska wyszarpują trzewia i wysysają krew z wiozącego ich taksówkarza Romana.
To najbardziej intrygująca i najlepiej zrobiona scena musicalu – dobrze skomponowana i znakomicie zagrana, trzyma poziom, dramatyzm i jest zgrabnie podkreślona muzyką.
Niestety z logiczną kontynuacją wątków jest gorzej, ponieważ rano Roman pojawia się w miasteczkowym barze bardziej skacowany, niż zagryziony i na pewno nie przypomina wampira, którym powinien stać się po ukąszeniu…
Bar jest w miasteczku centralnym punktem, wokół którego obraca się życie Zamczyszan, a bar odpłaca się tym samym i kręci się wokół nich jak szalony – o tym za chwilę.
Pensjonat, w którym zamieszkują wampiry, oraz bar należą do rodziców Sary, a ona ma ten interes odziedziczyć. Tymczasem pracuje tam razem z Klarą. Dziewczyny marzą, aby coś się działo, a najbardziej tęsknią za prawdziwymi uczuciami.
Sara i Klara to prawdziwe panny z wilka – pierwsza zakochuje się w Darku, którego poznaje – a jakże – przez aplikację do randkowania, a druga w wampirzycy Carmilli. I ta relacja jest zdecydowanie najciekawszym i najlepiej zrealizowanym wątkiem fabuły. Po pierwsze jest zaskakująca (bo to, że Sara zadurzy się w tajemniczym Darku jest oczywiste od początku), po drugie zagrana jest niezwykle wiarygodnie, a co najważniejsze, została sensownie zakorzeniona w konstrukcji sztuki i świetnie opakowana muzycznie.
Rutynę miasteczka zakłóca pełnia księżyca, która z nieokreślonego powodu budzi przerażenie mieszkańców. Odzwierciedla to pieśń z demonicznym tekstem: ‘’Wilki w mroku czają się. Boimy się. (…) Jeśli wyjdziesz wilk cię zje. Ukryj się!” (OMG…😱).
W miasteczku odbywa się festyn, który jest dla miejscowych wielką atrakcją. W upojną noc świetnie bawią się również wampiry. Znika Klara, a jedna z uczestniczek zabawy znajduje jej zakrwawioną chustkę. Atmosfera gęstnieje, kiedy tropem krwiopijców do Zamczyska przybywa Łowca wampirów i uświadamia zacofanym prowincjuszom, że pełnia trwała dłużej niż sądzili, a zabawa odbyła się jeszcze w czasie wilczego księżyca, co mogło mieć tragiczne następstwa…
Po sesji motywacyjnej, zorganizowanej mieszkańcom przez Łowcę, wszyscy wyruszają nocą ze szpadlami do lasu w poszukiwaniu prastarego serca pierwszego upiora, które jest przyczyną wszelkiego zła (do tego „serca” jeszcze wrócimy).
W rankingu najbardziej bezsensownych scen ta wiedzie prym. Na drugim miejscu uplasowała się rozpacz Sary po stracie Darka wyrażona bieganiem do upadłego dookoła sceny.
Dalej nie jest lepiej. Tańczący z wilkami Łowca, który robił mieszkańcom Zamczyska wykład o skomplikowanych sposobach walki z wampirami, wymorduje je zwykłym lustereczkiem. Musiało to wpłynąć na niego deprymująco, bo zaczął odczuwać wyrzuty sumienia i żałować zabijającej uczucia skuteczności. Pojawia się zielarka Ziemia, symbolizująca matkę naturę, która grzmi donośnie, pęka i zapada się pod nieekologicznymi tubylcami, pochłaniając cały ten bałagan. Sara, która nie zgadza się na takie pospolite i smutne zakończenie, wzywa wszystkich do kultywowania miłości bliźniego i uświadamia sobie, że w pełni ma na swoje życie wpływ taki sam jak księżyc …w pełni😎 i manifestuje sobie (ale również całej ludzkości i wampirowości) szczęśliwe zakończenie. Nie wiadomo dlaczego ludzie, którzy chwilę wcześniej gotowi byli pozabijać szpadlami obcych (i siebie nawzajem) nagle zaczynają się kochać po wezwaniu dziewczyny uważanej przez nich za nie do końca normalną. Jednak wszyscy zgodnie pląsają, demonstrując radość z powodu finału. I nie wiadomo jak to jest możliwe po trzęsieniu ziemi i totalnym unicestwieniu planety.
Zabrakło tylko polskiej kawalerii… – jak powiedział Tom Cruise w „Zakładniku”.
AKTORSTWO
Artyści starannie i z wielkim poświęceniem środkami aktorskimi i własną inwencją niwelują miałkość fabuły i słabości scenariusza. „Ogrywają” je m.in. fantastycznym poczuciem humoru i dystansem do swoich bohaterów.
Bezdyskusyjnie najlepszy jest w tym Natan Nogaj, jako jeden z czwórki wampirów – Kain. Nieoczekiwanie z drugoplanowej postaci stał się gwiazdą tego spektaklu i nic mu tego lauru nie jest w stanie odebrać. Swoją ekstrawertyczną żywiołowością niepodzielnie skupia uwagę widzów i roznosi każdą scenę w której się pojawia.
To, co wyczynia, zwłaszcza w barowym pawilonie podczas festynu i piosenki „Tańcz, Miasto Tańcz”, jest jazdą po bandzie, ale w tym musicalu nie można inaczej – nie ma tu wiele do zagrania, a dzięki takim akcjom możemy się przynajmniej zdrowo pośmiać. Kiedy Kain słabnie w tym szaleństwie, ratuje się łapczywie wysysanym workiem transfuzyjnym(!)
Niezły pomysł miał również Hubert Waljewski, który w kreowaniu Łowcy posuwa się do autoparodii swoich ról z wcześniejszych spektakli. Jest też w tej postaci i Tony Halik, i Bear Grylls, a nawet trochę Chevy Chase’a😄. Aktor gra tak dobrze, że nikt nie przywiązuje wagi do pozbawionych większego sensu monologów Łowcy.
Świetne są obie Sary, czyli Irena Judyta Michalska oraz Sofiia Popova. Każda z nich gra z nieco inną energią, ale obie bardzo wiarygodnie wcielają się w postać młodej, pełnej emocji i szukającej miłości dziewczyny. Z łatwością nawiązują też dobry kontakt z widzami. I obie bardzo dobrze śpiewają.
Znakomita jest Alicja Witomska w roli nieco trzeźwiej patrzącej na życie Klary, a jej relacja z Carmillą jest zagrana z dużym wyczuciem i odpowiednią powagą.
Duża w tym zasługa Aleksandry Dyjas, której udało się nadać postaci Carmilli niezbędną emocjonalną głębię, mimo trywialnego scenariusza. Zamiennie wystąpiła w tej roli Paulina Magaj-Szpak, która z kolei w scenie mordowania taksówkarza wykazuje się nieco większą drapieżnością.
Piotr Brodziński jako wampir Edward, strażnik spokoju Darka i głos rozsądku watahy, ma w sobie mrok i budzi niepokój – to też dobrze skonstruowana postać.
Doskonale w epizodach aktorskich wypadły tancerki zespołu baletowego: Aleksandra Karch (Nauczycielka/Fryzjerka), Weronika Zięba (Elegantka), Laura Łapowuchow (Dziewczyna), Katarzyna Pawłowska (Kobieta w ciąży). Ich kreacje są przekonujące i charakterystyczne, a wypowiedzi przykuwają uwagę. To duże osiągnięcie, biorąc pod uwagę treść dialogów i karykaturalność ujęcia tych postaci w scenariuszu. Dobrze, że panie miały szansę wykazania się talentem aktorskim, ponieważ do tańczenia mają niewiele i bardziej od ukąszeń wampirów groziła im śmierć z nudów na scenie.
Jedyna bohaterka, która budzi ciekawość swoją tajemniczością, to zielarka/Ziemia w bardzo dobrej interpretacji Barbary Duckiej. Zwraca uwagę efektownie zaśpiewana przez nią pieśń Ziemi.
Intrygującym wątkiem, który został porzucony bez wyjaśnienia jest dwuznaczny stosunek matki Sary (granej przez Martę Tadlę) do własnej córki. To mogło być ciekawe, ale obfitość niekonsekwentnych pomysłów w tym musicalu jest taka, że jeden, dający nadzieję, wielkiej różnicy nie robi.
CHOREOGRAFIA
Bardzo udziwniona i znacznie poniżej możliwości baletu i aktorów Teatru Rozrywki.
W całym spektaklu jest tylko jedna widowiskowa i ciekawa choreograficznie scena, czyli układ do „Wampirii”, ale jest to ewidentna parodia teledysku Lady Gagi „The Dead Dance”, która nie ma większego związku z fabułą, rozmywa się dramaturgicznie i nie ma kontynuacji, właściwie kończy się niczym. Ot, taki teledyskowy wtręt bez pomysłu na umieszczenie w strukturze musicalu.
W koncercie sylwestrowym byłby to hit, a tu wystaje z fabuły i aż żal, że nie wymyślono, jak go zdyskontować. Nie wiadomo, czy barokowo-wiktoriańskie stroje z kryzami i krynolinami mają coś sugerować, do czegoś nawiązać, czy festyn jest po prostu maskaradą, a kostiumy są tylko dosłownym darciem łacha z Lady Gagi?
Nie jest zadaniem widzów domyślanie się, co działo się w głowie choreografa i jakie miał intencje tworząc tę scenę. To powinno wynikać ze scenariusza. A tego związku nie widać.
Poza tym, cztery minuty nawet najlepszego tańca całego musicalu nie uniesie…
Mam też wrażenie, że w wielu fragmentach przedstawienia pomylono wampiry z zombie i dominują w nich dziwaczne somnambuliczno-konwulsyjne pląsy, bardziej kojarzące się z halloweenowymi balami, niż musicalem.
Sygnaturą „Wilczego Księżyca” jest zmarnowany potencjał, zwłaszcza w kontekście ogromnych możliwości choreograficznych zespołu baletowego i aktorów Teatru Rozrywki, którzy nie mają tu niemal nic ciekawego do zatańczenia. Szkoda.
Najlepsi tancerze, którzy chyba upomnieli się o coś do roboty, zamiast tańczyć służą za napęd Volvo metodą Freda Flintstone’a, przepychając auto po scenie tam i z powrotem (nie wiem czy pamiętacie, że miasto Jaskiniowców nazywało się Skalisko, o rzut kamiennym beretem do Zamczyska😎), albo krążą wokół niego, niczym agenci FBI, pilnujący samochodu Johna F. Kennedy’ego w Dallas. Ktoś próbował ukraść stare Volvo z teatru?
A najlepsze tancerki z łopatami i latarkami czołowymi dreptają po lesie, rozglądając się nerwowo, jakby spodziewały się ataku dronów. Takie choreo. Dziwny ten musical, jak z księżyca…
SCENOGRAFIA
Premierowy „październik miesiącem oszczędzania” …czyli scenograficznej biedy. Elementy scenografii można policzyć na palcach jednej ręki.
Głównym i najbardziej efektownym jest przeszklony pawilon barowy umieszczony na obrotowej scenie. Wiruje jak Patrick Swayze w „Dirty Dancing”, ale jest mniej seksowny. Jedynym powodem jego kręcenia się jest tuszowanie braku akcji – im bardziej się kręci, tym mniej się dzieje na scenie. Podziwiam odporność Sofii Popovej, Ireny Michalskiej i Alicji Witomskiej, które często znajdują się wewnątrz obrotowej kawiarenki – podobny trening przechodził Sławosz Uznański-Wiśniewski przed lotem w kosmos.
Drugim elementem, rzucającym się w oczy, jest samochód Volvo 480 – dla fanów marki kultowy model, który został sprofanowany kiczowatymi paskami czerwonych ledów wklejonymi w podsufitkę. Naprawdę nie dało się podświetlić twarzy aktorów w samochodzie kontrastowo, od dołu, aby wyglądali choć trochę złowieszczo?
Trzecim – kanapa, a czwartym – namiot na balkonie. O zamykającym tylną część sceny marnym księżycu i przesłaniających go wilczych kłach, przetaczanych na wyraźnie widocznych wózkach – nie warto wspominać. Wyglądają jakby wypożyczono je z historycznej telewizyjnej inscenizacji „Igraszek z Diabłem”. Zdecydowanie bardziej gustowny był księżyc w „Kotach”.
A na koniec wisienka na torcie, a właściwie imbir nad sceną, czyli …serce.
To dowód, jak nieudanym fragmentem scenografii można zniszczyć spory kawał przedstawienia (i dobić choreografią), a tak stało się z epizodem biegania grupy aktywistów pod wodzą Łowcy ze szpadlami po lesie i kopania dołków pod tzw. „prastarym sercem pierwszego upiora”, zwisającym w kilku częściach nad sceną. Aktorzy trafnie nazwali je „imbirem” (ma kształt korzenia tej rośliny). Innym przypomina powiększone kawałki trupa w bandażach, znane z farsy „Rodzina Kerwoodów”. Tam były śmieszne, tu – nie.
Domyślam się, że umieszczenie w centralnym punkcie tak tandetnego elementu miało na celu zdyskredytowanie jego znaczenia, podkreślenie, że naiwni ludzie wierzą w takie bzdury, ale żadnego uzasadnienia tej hipotezy nie znajdziemy w akcji, czy dialogach. Dawno nie widziałem czegoś tak obskurnego w teatrze…
WILCZE PO-KOTY
Oczywiście „Wilczy Księżyc” jest w pewnym sensie musicalem eksperymentalnym, mającym na celu pozyskanie nowej kategorii widzów z młodszych roczników i musi być „inny”, ale to nie znaczy gorszy. Niestety jego oglądanie nie sprawia takiej przyjemności, jak np. „Zakonnicy w przebraniu”, czy „School of Rock”, o „Kotach” i „Cabarecie” nie wspominając. I daleko mu do tego.
Raczej nie będzie to pierwsza polska licencja sprzedana na Broadway, czy West End…
...POLISH JOKE?
A co, jeśli „Wilczy Księżyc” jest żartem autorów, kpiną i obśmiewaniem wszystkich – widzów, usiłujących dopatrzyć się w tym sensu, aktorów, na siłę dorabiających ten sens i podnoszących scenariusz na poziom, którego nigdy nie miał sięgnąć, wokalistów i muzyków, tworzących piękny ornament dla tego intelektualnego ugoru, czy recenzentów, robiących szpagat z gwiazdą, aby napisać cokolwiek nie obrażającego inteligencji autorów i nie zaszkodzić wykonawcom, którzy mimo wszystko, włożyli w to dużo pracy.
Pomysłodawcy mogli przecież dojść do wniosku, że świat oparty na internecie i aplikacjach randkowych jest już tak bez sensu, że najodpowiedniejszą formą artystyczną, odzwierciedlającą jego stan, będzie równie odjechany „Wilczy Księżyc”, gdzie wszystkim odbija od nadmiaru, czyli od pełni i wymyślili taką „Wiosnę Hitlera” XXI wieku.
…Żartowałem.
Też mi wolno.
IŚĆ ALBO NIE IŚĆ, OTO JEST PYTANIE!
„Wilczy Księżyc” warto zobaczyć, choćby po to, by wyrobić sobie własne zdanie i nie opierać się na opiniach takich jak ta. Może Tobie się spodoba? Może jesteś tym poszukiwanym widzem generacji 2.0, który sprosta intelektualnemu wyzwaniu, jakim jest ten spektakl?
Poza tym trzeba iść na „Wilczy Księżyc” z szacunku dla artystów, którzy w tym musicalu grają i ratują go swoim talentem. Tylko dzięki naszej obecności kolejne premiery będą lepsze.
Kto był w wojsku, albo oglądał „Krolla”, ten wie, że „sztuka, jest sztuka!” i koniec. Dlatego nie pytajcie, o co chodzi w „Wilczym Księżycu”. Po prostu: sztuka, jest sztuka.
WHO IS WHO
OBSADA
Sara: Irena Judyta Michalska / Sofiia Popova
Klara: Alicja Witomska
Darek: Mateusz Sawiel
Łowca: Hubert Waljewski
Mama Sary: Marta Tadla
Tata Sary: Tomasz Jedz
Ziemia: Barbara Ducka
Carmilla: Aleksandra Dyjas / Paulina Magaj-Szpak
Edward: Piotr Brodziński
Kain: Natan Nogaj
Taksiarz: Dominik Koralewski
Lekarz: Paweł Stefan
Policjant: Bartłomiej Kuciel
Elegantka: Weronika Zięba
Kobieta w ciąży: Katarzyna Pawłowska
Starsza kobieta: Dagmara Żuchnicka
Nauczycielka / Fryzjerka: Aleksandra Karch
Dziewczyna: Laura Łapowuchow
Listonosz: Dawid Pilszek
Robotnik 1: Łukasz Majowski
Robotnik 2: Krzysztof Konopka
Zespół wokalny z offu: Joanna Możdżan, Beata Wojtan, Anna Surma, Aleksandra Dyjas, Paulina Magaj-Szpak, Rafał Talarczyk, Przemysław Witkowicz, Michał Gucma, Bartłomiej Kardyś
Zespół baletowy: Aleksandra Karch, Sonia Kostrzewa, Laura Łapowuchow, Katarzyna Osuch, Katarzyna Pawłowska, Agnieszka Saletra, Kateryna Shevchenko, Weronika Zięba, Krzysztof Konopka, Paweł Majewski, Łukasz Majowski, Dawid Pilszek, Wojciech Stawiarski
Orkiestra Teatru Rozrywki pod dyrekcją Michała Jańczyka.
Dyrygenci: Michał Jańczyk / Ignacy Siarkowski
Reżyseria: Agata Puszcz
Scenariusz: Zuzanna Bojda
Muzyka: Krzysztof Maciejowski
Scenografia: Szymon Szewczyk
Kostiumy: Iga Słupska
Choreografia: Tobiasz Sebastian Berg
Reżyseria światła: Klaudyna Schubert
Kierownictwo muzyczne: Krzysztof Maciejowski
Kierownictwo wokalne: Anna Ostrowska
Przygotowanie wokalne: Bartosz Listwan
Asystent reżysera: Paulina Magaj-Szpak
Asystent choreografa: Aleksandra Karch
Asystent kostiumografa: Anna Drobczyk
Realizacja dźwięku: Patryk Maskiera, Piotr Synecki, Kajetan Pańko, Jakub Gaweł, Tomasz Gleń, Tomasz Kafel, Michał Konofol
Realizacja światła: Marek Mroczkowski, Mariola Szreter, Karol Freier, Mariusz Kosakowski, Adam Treuhahn, Krzysztof Króliczek
Inspicjent: Iwona Bruch
Rekwizytorzy: Jessica Fitowska, Kinga Bruch
Plakat: Natalia Kleszczewska / obraz Personal Omen
Logotyp spektaklu: Szymon Szewczyk
Fot. Artur Wacławek
Prapremiera odbyła się 17 października 2025 r.
Spektakl wystawiany jest na Dużej Scenie Teatru Rozrywki i trwa 150 minut z przerwą.
NAJBLIŻSZE WILKI
NAPISZ CO CI LEŻY NA OBU SERCACH
Tu możesz wyrazić opinię, a nawet napisać swoją recenzję recenzji.
Nic, co powiesz nie może zostać użyte przeciwko Tobie, a wszelkie dane są tylko Twoją własnością i nikomu nic do tego – zwłaszcza Łowcy!
Jeśli jesteś Łowcą, zmień mapę i szukaj nas w Transylwanii.
Ten e-mail działa – kliknij i pisz!